Ostateczne rozwiązania kwestii polskiej – preludium

Opublikowano: 28 marca 2018 przez Henryk Rydz

Oglądając transmisję z obchodów ostatniej rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau z naiwnym zdumieniem słuchałem wypowiedzi Pani Ambasador (a może Ambasadorki) Izraela, Jakiejś Tam (z litości nie wymienię jej nazwiska), która, jak sama stwierdziła, miała wprawdzie mówić o tych popaprańcach, gloryfikujących Hitlera, z lasu pod Wodzisławiem, ale zmieniła zdanie i postanowiła zabrać głos w sprawie ustawy, nad którą pracuje polski Sejm, której celem jest wprowadzenia kar za określanie Niemieckich Obozów Zagłady – Polskimi Obozami Śmierci. Zupełne kuriozum. Chyba. Bo oto mamy 73 rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau, Niemieckiego obozu śmierci, gdzie należałoby powiedzieć na przykład o ofiarach, sprawcach i wreszcie o zadośćuczynieniu ofiarom, a tu tymczasem na mównicę wychodzi Takie Coś – z zamiarem ewidentnego zaatakowania Polski i Polaków – zupełnie się z tym nie kryjąc. Na dodatek mówi to w obecności tych, którzy zagładę przeżyli i siedzieli zdumieni, w swoich pasiastych chustach, chyba nie rozumiejąc o czym ta Pani mówi. Zachodzi pytanie co kierowało Panią Ambasadorką? Nieuctwo? Zła wola? Zapewne połączenie tych dwóch cech. Ciśnie się pytanie o poziom nienawiści do Polaków wśród elit izraelskich czego wyrazem jest Yair Lapid, członek Knessetu, piszący o tym o tym, że setki tysięcy Żydów zostało zamordowanych bez kontaktu z niemieckim oficerem (https://translate.google.pl/translate…). Z czego ona wynika? Kto zna historię tak zwanych „stosunków” polsko – żydowskich ten rozpozna związki przyczynowo skutkowe. Tłumokom nie będę tłumaczył i tak nie zatrybią.

Posortowani

Opublikowano: 30 kwietnia 2017 przez Henryk Rydz

Wygrałem sprawę z Policją drogową. Przed Sądem.  Po raz drugi. Nie przyjąłem mandatu za rzekome przekroczenie prędkości. Wskazane jest abym oznaczył jakość moje auto. Może małe znaczki z literą „P” na karoserii? To jest jeszcze do przemyślenia. Tym razem nie było łatwo. W pierwszej instancji przegrałem. Dopiero Sąd drugiej instancji odstąpił od wymierzenia kary, ale o tym później. Zaczęło się standardowo. Dzielny Policjant z radarem, stojący w tym samym miejscu co zawsze, usiłował  wmówić mi, iż przekroczyłem prędkość. Tym razem bezczelność „stróżów prawa” przekroczyła jednak granicę przyzwoitości, gdyż Policjant nawet nie udawał, że dokonuje pomiaru prędkości, tylko zatrzymał mnie i oświadczył, iż przekroczyłem dozwoloną prędkość w terenie…no właśnie jakim terenie? Na odcinku, na którym rzekomo dokonywany był pomiar obowiązują trzy różne prędkości: 40, 50 i 90 km/h. Już sam ten fakt powinien wzbudzić wątpliwości co do rzetelności pomiaru na takim odcinku w ogóle, u samych Policjantów, ale przecież nie to jest najważniejsze, tylko wygodne miejsce do zaparkowania radiowozu i legitymowania kierowców. Oczywiście zeznając przed Sądem jeden z dwóch Policjantów nie wiedział jakie prędkości obowiązują na tym odcinku – co dla Sądu pierwszej instancji nie miało jednakże żadnego znaczenia, tak jak i fakt, iż Policjanci w żaden sposób nie zabezpieczyli materiału dowodowego. Zeznania w tej spawie składałem dopiero po kilku miesiącach na posterunku Policji, a radar którym się posługiwali nie zapisuje zdarzeń typu pomiar, nie mówiąc o weryfikacji pojazdów, których prędkość jest mierzona. Nowszy model tego radaru – a i owszem, jednakże Policja posługuje się tym starszym – ciekawe dlaczego? Efekt był taki, iż  Sąd pierwszej instancji uznał mnie winnym wykroczenia. W uzasadnieniu Sąd stwierdził, iż w związku z tym, iż Policjanci nie byli ze mną skonfliktowani to nie mieli żadnego powodu aby kłamać, tym bardziej, iż grozi im za to dyscyplinarne zwolnienie z pracy oraz 6 lat więzienia. Żadnej tam weryfikacji dowodów, zeznań świadków. Po prostu – Policjant ma rację i już (w tym kontekście zastanawiam się po co Policji radary – wystarczy ich słowo). Oczywiście odwołałem się do Sądu drugiej instancji. Tu Sędzina była już bardziej łaskawa (być może dlatego, iż stwierdziła, iż z facetem, który włóczy się po Sądach za 2 punkty karne i 100,- zł. mandatu lepiej nie przeginać – bo jest zdeterminowany i jeszcze wniesie o kasację – co akurat miało by miejsce). Zostałem uniewinniony, ale nie dlatego, iż wskazywały na to fakty i dowody (a właściwie ich brak) tylko dlatego, iż moje wykroczenie dla Sądu było znikome. W uzasadnieniu jednak Sąd stwierdził i potwierdził, iż to Policjanci mieli rację, gdyż są urzędnikami państwowymi, a urzędnicy państwowi zawsze mają rację. Rewelacja. Nic dodać nic ująć. Niektórzy mówią o gorszych i lepszych sortach ludzi. Ja według Sądu należę niewątpliwie do tych pierwszych. W tym kontekście nie dziwi wyrok, sprzed kilu miesięcy, uniewinniający Policjantów w nieoznakowanym samochodzie, którzy ostrzelali samochód Bogu ducha winnego kierowcy (10 pocisków utkwiło w karoserii) i należy się cieszyć, iż nie mają na wyposażeniu granatników przeciwpancernych. Przyszła mi jednakże po tych wyrokach refleksja, że może jednak mają one głębszy sens, bo co zrobiłby Policjant z „ Drogówki”, gdyby Sąd stwierdził jego rażące niedbalstwo i ewidentne kłamstwa? Przecież on ledwo ogarnia obsługę ręcznego radaru. Co robiłby poza Policją? Przecież do Policji wstąpił nie z powołania, tylko dla socjalnego spokoju, a tak Policjant ma pracę, a kierowca chwilowy spokój – do kolejnego zatrzymania.

Poza tym już drugi rok sądzę się z jednym z czołowych banków w Polsce, przez niektórych uznanego za lidera repolonizacji sektora(odszkodowanie, przywrócenie do pracy i takie tam). Jeżeli ktoś byłby zainteresowany jak wygląda ta sprawa to niech obejrzy posiedzenia Komisji w sprawie Amber Gold.  „Nie wiem”, „nie pamiętam”, „to nie ja, to mój kolega/koleżanka”, „wtedy nie pracowałem”. Tak odpowiadają przesłuchiwani dyrektorzy banku (zatrudnieni w Centrali banku – Top Managament). To czego oczekiwać od Policjantów z „Drogówki”?